Kategorie: Wszystkie | osobiste | skojarzenia | społeczeństwo
RSS
czwartek, 07 sierpnia 2014
Pęknięte miasto. Biesłan

1. września 2004. roku terroryści islamscy wtargnęli do szkoły podstawowej i przez trzy dni przetrzymywali zakładników. Zginęły 334 osoby, w tym ponad połowa dzieci. Niedługo minie 10 lat od tych wydarzeń.

Zbigniew Pawlak i Jerzy Wlazło napisali o tamtych wydarzeniach książkę pt. „Pęknięte miasto. Biesłan”. 


Zbigniew Pawlak dziesięć lat życia spędził na Jedwabnym Szlaku w krajach byłego ZSRR. Tam urodziły się i wychowywały jego dzieci, tam spędził całą młodość. Gdy świat obiegła wieść o ataku terrorystycznym w Biesłanie, musiał tam pojechać. Rosyjskie władze robiły jednak wszystko, żeby nikt niepożądany się tam nie nie pojawiał. Już wtedy próbowano otruć słynną dziennikarkę Annę Politkowską, znawczynię problematyki konfliktów na północnym Kaukazie, która była w drodze do Biesłanu w kilka godzin po tym, jak świat obiegła wiadomość o zajęciu szkoły.

Zbigniew Pawlak dotarł do Osetii Północnej czterdzieści dni po tragedii. Rozmawiał z mieszkańcami Biesłanu i nie tylko tego miasteczka, tak więc „Piękne miasto. Biesłan”, to „spisane gawędy Zbyszka, pełne retrospekcji, dygresji, skojarzeń. Są w nich osobiste przeżycia i rozmowy z ludźmi, są informacje zasłyszane, przeczytane, obejrzane, które w całości łączą się we wschodnia opowieść”.

Ta książka to przeplatające się i przenikające dwa wątki. Główny to oczywiście tragedia ludzi, którzy stracili swoich bliskich w szkole podstawowej i którzy sami w tym dramacie uczestniczyli. Ale jest i drugi, konieczny jakby, aby lepiej zrozumieć co się stało. To historia, zwyczaje, wzajemne relacje narodów północnego Kaukazu, bardzo napięte relacje, bardzo kruche i nieufne relacje, przyczyny i skutki pojawienia się tam salafizmu – radykalnego islamizmu. Niewielu ludzi spoza tamtych terenów wiedziałoby o istnieniu trzydziestopięciotysięcznego miasta Biesłan w Osetii Płn., gdyby nie wydarzenia z pierwszych dni września 2004. roku.

1. września to w Rosji święto – Dzień Wiedzy. Początek roku szkolnego zawsze jest kolorowy, radosny dzieci i ich rodzice przygotowują się do tego dnia długo. Na uroczyste rozcięcie roku szkolnego idzie się całymi rodzinami. Są baloniki, wierszyki, jest muzyka. Chłopcy ubrani są w nowiutkie białe koszule, dziewczęta w piękne bluzki i wielkie, kolorowe kokardy we włosach. Nie inaczej było w Biesłanie. Rano, do szkoły numer 1 podążały całe rodziny. Bo przecież oprócz dzieci, nie mogło zabraknąć na uroczystości także rodziców, młodszego rodzeństwa, babć, dziadków i oczywiście nauczycieli. Kiedy rozległ się strzały ci, którzy jeszcze nie doszli myśleli, że to fajerwerki. Ci, którzy mieli pojawić się w ostatniej chwili, zostali na zewnątrz, bo zebranych na szkolnym placu zamaskowani uzbrojeni ludzie zapędzili do wnętrza budynku. Dzieci, kobiety, mężczyzn, nauczycieli. Rozpoczęła się biełańska tragedia.

Od pierwszego dnia w szkole ginęli ludzie. I od samego początku rosyjska propaganda kłamała. Mówiono o dwustu pięćdziesięciu zakładnikach, w tym stu trzydzieściorgu dzieciach. Nie wiadomo było, kim są i ilu jest terrorystów. Rosyjska propaganda nie informowała, jak to się mogło stać, że terroryści zdołali się tak perfekcyjnie przygotować. A oni zdołali zgromadzić i ukryć w szkole mnóstwo broni jeszcze przez atakiem. Wykonać i zamaskować stanowiska strzelnicze dla snajperów, a nawet wyciąć drzewa przed szkolnym placem, aby snajperom zapewnić znakomitą widoczność i wreszcie zdołali podjechać pod szkołę ciężarówkami nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Rosjanie jednak się do tego nie przyznają, bo Rosjanie nigdy się nie przyznają.

Drugiego dnia pojawiła się jednak nadzieja. Rusłan Auszew, były, pierwszy prezydent Autonomicznej Republiki Inguszetii, zdołał wynegocjować wypuszczenie kobiet z najmłodszymi dziećmi. I wtedy rozegrał się pierwszy, niewyobrażalny dla zwykłego śmiertelnika dramat. Wiele matek musiało opuścić salę gimnastyczną z małymi dziećmi na ręku, pozostawiając w niej swoje starsze dzieci. Nie sposób wyobrazić sobie co wtedy czuje matka.

– Ale wyjaśnijcie mi, dlaczego zostawiłam swoją córkę w szkole? Bo ja sama nie wiem? Codziennie chodzę na cmentarz, każdego dnia z nią rozmawiam i wciąż nie wiem! Nie rozumiem. I muszę z tym żyć. Chcecie mi pomóc, odpowiedzcie, dlaczego ja wyszłam?

– Przecież gdy wychodziliśmy – ciągnęła coraz ciszej Anita – wszyscy byliśmy pewni, że zaraz wypuszczą następne dzieci. Też tak myślałam. To było takie… takie oczywiste. A kiedy ich nie uwolnili, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Wydawało mi się, że siedząc tam, w sali gimnastycznej, byłam przerażona. Dopiero kiedy w nocy znalazłam się poza szkołą, zrozumiałam czym jest strach. Czy wiecie, że w Biesłanie niektóre osoby umarły, bo nie były w stanie dłużej czekać? (…)

– Oddano mi dziecko z przestrzelona główką. jak mam z tym dalej żyć?

Wiele takich i podobnych opowieści usłyszał Zbigniew Pawlak czterdzieści dni po tragedii w Biesłanie.

Ludzie na zewnątrz odczuwali frustrację. Bo przecież „Rosja nie negocjuje z terrorystami. Rosja ich zabija”. I wszyscy wiedzieli, że giną również zakładnicy, jak w teatrze na Dubrowce w Moskwie. Zdesperowani krzyczeli „PutinI Oddaj nasze dzieci!”. Złe przeczucia pogłębiły opowieści świadków o „czarnych wdowach” z pasami szahida. Ludzie z Kaukazu doskonale wiedzą, że szahidki oznaczają śmierć.

Do dziś nie wiadomo, kto zaczął „ostatni akt dramatu”. W szkole nastąpił wybuch. I rozpoczęła się regularna wymiana ognia między terrorystami a żołnierzami specnazu. Zakładnicy wyskakiwali na zewnątrz przez wyłom w murze i powybijane szyby. Terroryści chcieli zabić jak najwięcej ludzi i strzelali im w plecy. I jeśli organizacja działań oddziałów specjalnych pozostawiało wiele do życzenia – panował totalny chaos, to poszczególni żołnierze pokazali prawdziwe bohaterstwo. Własnymi ciałami osłaniali dzieci przez kulami, rzucali się na granaty, aby osłonić uciekających z budynku. Zginęło jedenastu z nich, a trzydziestu. Ludzie to pamiętają i są im wdzięczni.

Niedługo po tragedii miasto Biesłan pękło. Właściwie… popękało. Zrozpaczeni rodzice, którzy stracili swoje dzieci, nie mogli wybaczyć tym, którzy przeżyli. Szczególnie dyrektorce szkoły i nauczycielom, którzy przeżyli Przecież mieli się opiekować ich dziećmi, a przeżyli, podczas gdy ich dzieci nie. Dyrektorka szkoły musiała wyjechać z Biesłanu, bo… śmiała przeżyć. Jeszcze większy podział paradoksalnie spowodowała pomoc humanitarna dla rodzin ofiar tej strasznej tragedii. Przedtem ich status materialny był podobny do statusu tych, którzy w szkole nie stracili nikogo. Później było inaczej. Rodziny ofiar stać było na kupno nowych telewizorów, lepszych samochodów, wyposażenia mieszkań. „A przecież cierpieliśmy wszyscy” – mówią ci, którzy nikogo tam nie stracili i których status materialny, skromny przecież, nie uległ poprawie. Całe miasto i wszystko, co się w nim dzieje, podporządkowane jest tragedii i ofiarom tragedii. Nowy park powstał na ich cześć. Inni czują się obco w swoim mieście. Źle im się spaceruje po nowym park, bo ten park „nie jest dla nich”. Kiedy w mieście panuje niemal powszechne bezrobocie, nietrudno o takie pęknięcie.

Dziś, po dwóch wojnach czeczeńskich po wojnie gruzińskiej i po tragedii w Biesłanie na północnym Kaukazie panuje spokój. Ale to iluzoryczny spokój. Kruchy. Bo wszyscy w północnym. „Mówi się, ze w Inguszetii znikają ludzie”. „Czego wy wszyscy szukacie w tej Czeczenii? Tam ludzie znikają bez wieści”. „Osetyjczycy mają gorącą krew”. Tutaj wiedzą o tym wszyscy. „Tutaj dla wielu przetrwanie bez wojny to egzamin z życia. I wielu go nie zdaje”.

*     *     *

Powoli czytałem „Pęknięte miasto. Biesłan”. Bo… coś ściskało w gardle. Bo oczy czasem… szczypały. Bo trzeba było odłożyć, żeby wyrównać oddech, uspokoić emocje i powstrzymać wzruszenie. Bo mnożyły się pytania: „Dlaczego?”, „Jak to możliwe?”. Bo…

Warto przeczytać „Pęknięte miasto. Biesłan”. Bo to współczesna historia. Nie tylko Osetii Płn., ale całego chyba świata. Bo atak na szkołę w Biesłanie był najtragiczniejszym w skutkach, ale i najbardziej okrutnym atakiem terrorystycznym dotychczas w Europie. Mam nadzieję, że nie tylko „dotychczas”. Bo choć „Nikt nigdy nie opisze, co się działo wtedy w szkole. Nie da się”, to autorzy „Pękniętego miasta. Biesłan”, znakomicie sobie z tym poradzili.

wtorek, 15 lipca 2014
Zabrać policjantom broń!

Ostatnio dwa razy interweniujący policjanci użyli broni palnej. I zaczęła się mediów jazda bez trzymanki. „Po co strzelali?”, „Dlaczego nie mają paralizatorów”, „Używali broni już po napaści, kiedy napastnik uciekał”, itd. Wszczęto nawet śledztwo w sprawie zasadności użycia broni przez policjantów w Gorzowie Wlkp. wobec napastnika uzbrojonego w tłuczek do kotletów z toporkiem i łom. W drugim przypadku policjant postrzelił agresywnego pacjenta po operacji chirurgicznej w szpitalu miejskim w Rudzie Śląskiej.

Pacjent ponownie trafił na stół operacyjny, ale zmarł. Najciekawsze jednak były paski, np. w TVN24: „Policjanci śmiertelnie postrzelili pacjenta”. „Pacjent zmarł od postrzałów”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dziennikarze nie mają pojęcia, na co ów pacjent był przed popadnięciem w amok operowany i nie mają pojęcia, czy rzeczywiście postrzały spowodowały jego śmierć, a nie np. wyrwanie przez pacjenta wenflonów i opatrunków, co mogło spowodować np. powikłania pooperacyjne. To jest możliwe, pamiętam z własnego doświadczenia, kiedy po znieczuleniu w kręgosłup pielęgniarka kazała mi wstać z łóżka po ok. 18 godzinach, aby poprawić pościel – musiałem spędzić na oddziale dodatkowe dwa dni, zawrócony ze schodów, kiedy już (podobno, bo nie pamiętam) opuszczałem szpital. To się nazywało chyba zespół poznieczuleniowy, czy coś w tym rodzaju. Wówczas obowiązywało 24-godzinne leżenie na płasko po takim znieczuleniu.

Pacjent został postrzelony w nogę i w okolicę biodra. Jeśli nie została przerwana tętnica, czy żyła, zdaje mi się, że nie miały te postrzały wpływu na śmierć szalonego pacjenta. Stawiam na powikłania pooperacyjne związane z niemal natychmiastowym wstaniem pacjenta z łóżka i odłączeniem aparatury i kroplówek. Tudzież być może upływ krwi.

Ale telewizja miała żer! „Policjanci zabili człowieka”! Nie można sobie wymarzyć lepszego newsa od rana, w nudny, gorący dzień. No i dywagacje. I eksperci. Od policji, od szkolenia, od broni, od paralizatorów…

Gdybym ja był gliniarzem, zażądałbym publicznie, aby władza odebrała nam broń palną! Po jaką cholerę używać broni po to, żeby potem narażać się na żer mediów, które niczym hieny rzucają się na obserwowaną ofiarę. I tak każde użycie broni powoduje protesty, nieprawdopodobny stres, oskarżenia o nadużywanie uprawnień, itp. Odbierzcie policjantom broń i będzie po sprawie. Nikogo nie zabiją, nie zranią, a że sami mogą być zabici, czy zranieni? No cóż, taka praca!

Mnóstwo krytycznych uwag dziennikarze mają do policjantów z Gorzowa. Niebezpieczny szaleniec rzucił toporkiem i łomem i zaczął uciekać. Ale konia z rzędem temu, kto miał pewność, czy ów furiat nie miał jeszcze jakiegoś narzędzie w kieszeni, bądź gdzieś pod ubraniem. Kuriozalna była uwaga jakiegoś eksperta mówiącego, ze mogły ucierpieć osoby postronne. Otóż nie mogły – ulica była pusta, ani żywej duszy, bo ludzie prawdopodobnie bali się podejść bliżej, a policjant celował w nogi, a nie np. po oknach.


Zabierzcie policjantom broń! Bandyci, szaleńcy i rozmaici chuligani nie mogą czuć się zagrożeni utratą zdrowia lub życia. Zagrożenie zdrowia lub życia, jest bowiem karalne.

„Polska to dziwna kraj” – jak mawiał Zulu Gula – Ten szaleniec demolujący toporkiem samochody i witryny sklepowe otrzyma teraz, bo to jest w tym kraju oczywiste, sowite odszkodowanie i wysoką rentę za spowodowanie przez policjanta stałego uszczerbku na zdrowiu. jakakolwiek kara go ominie, bo leczył się psychiatrycznie, co najwyżej trafi do wariatkowa na trzy miesiące najdłużej. O jakichkolwiek kłopotach finansowych może więc do końca życia zapomnieć. I tak sobie czasem myślę – niekiedy opłaca się zwariować na chwilę. A jeśli jeszcze kiedyś w przeszłości, z jakiegoś powodu odwiedziło się gabinet psychiatry, to to może być świetna metoda na zabezpieczenie przyszłości. Nasze prawo bowiem honoruje użycie siły przez stróżów prawa z przykrymi konsekwencjami dla sprawców przestępstw, albo podejrzanych, wysokimi odszkodowaniami. Kilka lat temu pewien małolat, naćpany nie zatrzymał się na wezwanie policji, szukającej bandyty w identycznym samochodzie. skutkiem czego wylądował na wózku. To nic, że naćpany, to nic, że się nie zatrzymał, ważne, że postrzelony i że wylądował na wózku. Otrzymał kosmiczne odszkodowanie i wysoką rentę dożywotnia.

Zabierzcie policjantom broń! Bo państwo zbankrutuje płacąc odszkodowania i renty „poszkodowanym” bandytom! Dobrze by było się przy okazji zastanowić, czy nie odebrać policjantom pałek. W końcu nie może tak być, żeby lali ile wlezie kibiców, albo innych bojówkarzy, np. patriotów, którzy robią tylko to, co do nich należy – zadymiają.

*     *     *

Portal Fronda.pl obwieścił, że ćwiczenie jogi jest niezwykle niebezpieczne dla zdrowia i życia człowieka. A oczywistym objawem owego niebezpieczeństwa jest to, że człowiek, który jogę ćwiczy jest szczęśliwszy od tego, który nie ćwiczy. Wiadomo przecież od zawsze, że szczęście jest grzechem, a grzech to synonim niebezpieczeństwa. Szczęśliwy człowiek jest przeciwieństwem katolika i chrześcijanina.

Grzesznicy! Zaprzestańcie ćwiczenia jogi! Bo ściągniecie na siebie gniew boży!

*     *     *

Już grubo ponad setka osób protestuje pod Dolnośląskim Szpitalem Specjalistycznym we Wrocławiu. Niespełna tydzień temu przywieziono tam 17-latka, ofiarę wypadku samochodowego, w stanie agonalnym. Po nieudanej próbie uratowania chłopca lekarze stwierdzili po ponad dobie śmierć pnia mózgu i poprosili rodziców o zgodę na pobranie organów do przeszczepów. Oczywiście, jak zawsze w takich przypadkach trzeba było zastosować konieczne procedury, po to, aby nie zostać posądzonym o np. zabicie pacjenta. Śmierć pnia mózgu orzekła specjalna komisja lekarzy. Matka nie wyraziła zgody. Twierdzi, że jej syn żyje, bo siedzi przy nim i widzi, że oddycha. Argumenty, że oddycha za niego respirator, czyli pompa, do niej nie trafiają. Protestujący przed szpitalem głownie koledzy i znajomi chłopca też nie wierzą w śmierć kolegi: My nie wierzymy, że jest szansa na wybudzenie Kamila. My to wiemy”. „Każdy ma prawo do życia - Bóg jest od tego, żeby decydować o jego końcu, a nie człowiek”. Protestujący wywiesili transparent z napisem „Morderstwo w majestacie prawa”.

Lekarze przestraszyli się reakcji tłumu i nie zdecydowali się na odłączenie chłopca od maszyn, choć zdaniem lekarzy, m.in. krajowego konsultanta intensywnej terapii „śmierć mózgu jest jednoznaczna ze zgonem pacjenta. Leczenie i podtrzymywanie pracy organów pacjenta, który nie żyje jest nieetyczne”.

Matka wezwała na konsultacje prof. Jan Talar. Tego samego, który zasłynął z kontrowersyjnego „odkrycia” wygłoszonego na sympozjum anestezjologów w zeszłym roku, twierdząc, że śmierć pnia mózgu nie istnieje. Profesor Talar znany jest z wielu wybudzeń pacjentów pogrążonych w śpiączce i w stanach wegetatywnych (apalicznych). Jednak czym innym jest śpiączka, czy stan apaliczny, a czym innym zupełne zaprzestanie pracy mózgu. W dwóch pierwszych przypadkach mózg pracuje. Gorzej, wolniej, niekompletnie, ale pracuje. Prof. Talar stwierdza, że chłopak „jest na linie”, czyli będzie wte, albo wewte. Jedno jest pewne, do transplantacji narządów nie dojdzie, bo nawet jeśli matka by się zgodziła (w co nie wierzę), to i tak jest już za późno.

Niedźwiedzią przysługę polskiej transplantacji organów i procedurom prowadzącym do podjęcia decyzji o śmierci pnia mózgu, a co za tym idzie, odcięcia pacjenta (zmarłego) od aparatury podtrzymującej funkcjonowanie organów wewnętrznych oddała Ewa Błaszczyk, do tamtej chwili niezwykle przeze mnie szanowana osoba. Kompletnie poddała się sugestii Talara i publicznie ogłosiła w telewizji, ze nigdy nie zgodziła by się na oddanie swoich organów, bo nie wierzy w śmierć pnia mózgu. Nie wiem kto, ale jest dla mnie jasne, że matce chłopca, za którego oddycha respirator ktoś prof. Talara podsunął.

Oczywiście we wszystko wplątany jest bóg i polityka. Polityka, bo morderstwo w majestacie prawa, a bóg, bo tylko on może decydować (wymuszana klauzula sumienia chyba ostatecznie zakończy temat transplantacji w polskiej służbie zdrowia).

Jakby na to nie patrzeć, fundamentaliści wpływają na decyzje lekarzy w Rzeczpospolitej.

Ludzie! Tylko bóg może wam życie dać i tylko on może je odebrać! Najwyższy czas rozwiązać, zlikwidować polski system ochrony zdrowia. Najwyższy czas poddać się woli boskiej!

czwartek, 10 lipca 2014
"Honorowy" Miroslav Klose

Król strzelców

Miroslav Klose, 36-letni reprezentant Niemiec w piłce nożnej jest dziś na ustach całego sportowego świata. Za sprawą bramki strzelonej Brazylijczykom w meczu o wejście do finału Mistrzostw Świata  ‘2014 stał się zdobywcą największej liczby bramek w historii futbolowych mistrzostw świata. Dzięki trafieniu w meczu z Brazylią, wyprzedził (nomen omen) Brazylijczyka Ronaldo i prowadzi w tej statystyce z szesnastoma golami na koncie.

Jednak nie o zasługach Klose chcę pisać, ale o problemie, który pojawił się w lokalnych, opolskich mediach i środowisku opolskim i dalej, wśród mieszkańców Opola i Opolszczyzny.


Tak wywołuje się konflikt

Pod informacją gazety na jej stronie facebookowej zwolennicy i przeciwnicy honorowego obywatelstwa zaczęli skakać sobie do gardeł. I niemal od początku dyskusja i spór miał niewiele wspólnego z meritum sprawy, czyli argumentami za i przeciw uhonorowania Miroslava Klose, a przeistoczył się w kłótnię między „przyjezdnymi” a „Ślązakami”. Na argumenty typu: „On nic dla miasta nie zrobił” odpowiadano „On się tu urodził i dobrze, że wyjechał, bo tu by nic nie osiągnął…”. Albo „Polacy nienawidzą siebie nawzajem!!!...Nienawidzą bliźniego swego. Członka rodziny. Bo może mu sie trochę lepiej powidło. ....Ach tam!!!... powiodło!!... Ukradł, oszukał, sk...wił się... na pewno!!!, jako odpowiedź na „Klose we wszystkich wywiadach podkreśla, że jest Niemcem. Nie Polakiem. Nie udziela wywiadów po polsku. Za co go honorować? Gdyby nie wystrzelał tych bramek to nikt by nawet na taki pomysł nie wpadł!!. Do tego jeszcze dochodzą kwiatki typu „Od kiedy auslyndry mogą decydować o Opolu?”, „Może zapytajcie o zgodę rodowitych ślazakow a nie motłoch nawieziony z Ukrainy”, „Honorowego kopa powinien dostać taki kargul jak ty”, przeplatane co i rusz mądrościami w rodzaju „Volksdeutsch”, „Skoro sprzedał się!!! To jakim prawem???”, „Nigdy, niemiecka gnida co Polską pomiata tylko szydzi z nas”.

Wygląda to na celowe podsycanie konfliktu, a można by tak uznać, ponieważ Nowej Trybunie Opolskiej wyraźnie podoba się pomysł uhonorowania Klose. Oczywiście „zachowuje” bezstronność w tekście artykułu – informacji, ale już w komentarzach, pod kilkoma opiniami przeciw wkleja link z wywiadu Miroslava Klose dla Przeglądu Sportowego z 2010. roku, w którym to wywiadzie Klose mówi o miłości do Polski, o swoim mówieniu po polsku i rodzinie w Polsce. Rzeczywiście, udzielił takiego wywiadu, w którym wychwala Polskę jak zaiste nietuzinkowy patriota. Jednak polscy kibice pamiętają gesty, zachowania, wywiady udzielane polskim mediom po niemiecku mimo, że ponoć znakomicie włada naszym językiem, i mimo że w przeszłości udzielał wywiadów po polsku, itp. Moim subiektywnym zdaniem owe gesty są bardziej wiarygodne od grzecznościowego wywiadu udzielonego polskiej, sportowej gazecie. A te gesty mówią jedno: „Jestem stuprocentowym Niemcem”.

Jestem ostatnim człowiekiem, który czyniłby Miroslavowi Klose zarzut z tego powodu, że jest Niemcem. Tak chce i to jest jego absolutnie święte prawo. A nawet obowiązek, skoro ma niemiecki paszport (polskiego nie ma) i się zasymilował. Nie rozumiem tylko wciskania mu polskości na siłę, głownie przez polskie media, no i zupełnie nie rozumiem chęci przyznania mu honorowego obywatelstwa Opola. Jest to moim zdaniem jakaś próba dowartościowania się członków stowarzyszenia „Tak dla Opola”, a nie wynagrodzenia Miroslavowi Klose. Jeśli już ktoś miałby dostać taki tytuł, to raczej jego ojciec, Józef, który wiele lat grał w Odrze Opole, świetnym wówczas klubie piłkarskim. Ale jego ojciec wydaje się bardziej niechętny Polsce niż sam Miroslav. Wielu kibiców piłkarskich nie może darować mu słów, choć skądinąd prawdziwych, to niepotrzebnie wypowiedzianych, „Mój syn niczego Polsce nie zawdzięcza”. Są prawdziwe, ale niepotrzebnie „zaczepiają” i prowokują, zresztą były chyba wypowiedziane, jako inaczej sformułowane „Odpieprzcie się”.

Na honorowe obywatelstwo wypada zasłużyć

Zupełnym przeciwieństwem Miroslava Klose w „sprawie polskiej” jest również reprezentant, znakomity zresztą, Niemiec w piłce nożnej, 29-letni, urodzony w Polsce Lukas Podolski. Łukasz, bo tak każe do siebie mówić i takim imieniem się przedstawia ten piłkarz podczas dosyć częstych wizyt w Polsce, swój stosunek do Polski wręcz demonstruje, zamiast go ukrywać, czy „nie mieć” jak Klose. Nie śpiewa hymnu niemieckiego i Niemcy wiedzą dlaczego nie śpiewa. Zresztą, nie mają mu chyba tego za złe, bo daje im w zamian znakomitą grę. Ale Polscy kibice nigdy nie zapomną niezwykłego zachowania Łukasza Podolskiego podczas meczu Polska-Niemcy na Euro 2008. Podolski strzelił Polsce dwa gole i zupełnie nie cieszył się ze zdobytych bramek. Oczywiście wielu Polaków miało Podolskiemu za złe tak dobrą grę ale to były wyjątki. Na jednej z konferencji prasowych Łukasz prawie płakał, kiedy przepraszał Polaków i swoją ukochaną babcię z Gliwic za to, że musiał to zrobić, przecież gra w reprezentacji i za to mu płacą. Wielokrotnie zresztą, również w niemieckich mediach podkreśla swoją polskość.

Podolski wyjechał z Polski w wieku dwóch lat, mimo to chętnie mówi po Polsku i po polsku udziela wywiadów. Bardziej właściwie mówi po śląsku, ale w sposób zrozumiały dla wszystkich Polaków. Często bywa w Polsce, udziela się, tworzy np. szkółki piłkarskie dla dzieci, a jego marzeniem jest gra w Górniku Zabrze na zakończenie swojej piłkarskiej kariery. Bo zawsze kibicował i kibicuje tej drużynie. 

Nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś, włodarze Gliwic, a być może i Zabrza za hołubienie miejscowego klubu przez tak zacnego „Polaka” nie przyznali Łukaszowi Podolskiemu tytułu honorowego obywatela ich miasta.

Dwie wielkie postaci, dwie kompletnie różne postawy wobec kraju pochodzenia swoich rodziców i konflikt mieszkańców, wywołany chęcią użycia wazeliny przez kogoś, kto chce zrobić sobie dobrze, nawet jeśli mieszkańcy „się pobiją”. Konflikt autochtonów i ludności napływowej, szczególnie repatriantów kiedyś był bardzo wyraźny. Wiele lat ulegał złagodzeniu, a nawet zatarciu, wzajemne niechęci wygasły, powstawały rodziny mieszane, tzw. „śląsko-polskie”. Ale niewiele trzeba, żeby znów antagonizmy się zaostrzyły, głownie wśród młodych z winy polskich narodowców, których choć jest tu garstka to potrafią być głośni i członków Ruchu Autonomii Śląska, podkreślających swój lokalny patriotyzm i mieniących się „właścicielami” tych terenów. A do tego dochodzą idiotyczne inicjatywy jakichś stowarzyszeń i towarzystw.

Dlaczego my nie potrafimy się nie kłócić?

15:19, andy_lighter
Link Komentarze (4) »
piątek, 04 lipca 2014
Życie moje... mój wrogu?

Życie czasem stawia nas w obliczu wyborów ostatecznych. Wydaje się, że wszystko się skończyło, runęło, zawaliło się…

„Normalny” człowiek, odważny, niebojący się wejść na ring i stanąć oko w oko z większym i cięższym przeciwnikiem, podejmuje w takiej chwili decyzję o „podjęciu rękawicy”. Ale są też inni. Tacy, którzy rękawicy nie podejmą, bo „wiedzą, że i tak przegrają”. I wyjście jest dla nich oczywiste – ucieczka. W nicość. W przestanie istnieć. W skasowanie. Nie ma mnie, nie ma problemów. Moich, ale też i innych ludzi, którym problemy sprawiam.

Ja właśnie byłem kiedyś takim człowiekiem: słabym, tchórzliwym, mocowanie się z przerażającym, bezwzględnym w okazywaniu mi swojego okrucieństwa życiem.

„Nie, nie, bydlaku! Nie dam ci tej satysfakcji! Nie pozwolę ci sobą pomiatać!” – myślałem, kiedy pierwszy raz, a potem następny, i po kilku latach znowu, decydowałem, że to nie ono – życie, ale ja tu będę rozdawał karty i decydował o sobie, łykając kolejne pełne garści relanium, albo żyletkami podcinając tętnicę na nadgarstku. Goniłem śmierć, chciałem ją złapać za wszelką cenę i się jej oddać bez reszty. A ta szmata nie chciała mnie przyjąć, wymyślała różne okoliczności, żebym żył i cierpiał, jakby czerpiąc z tego powodu bezgraniczną, szyderczą satysfakcję. Aż kiedyś…

Potwornie się czułem od kilku dni. Wstawałem tylko do ubikacji, czasem zresztą nawet nie wstawałem, tylko „czołgałem się” do ubikacji. Moja wątroba, trzustka, żołądek odmówiły kompletnie posłuszeństwa. Żona chodziła zapłakana, chowając się w kuchni przynosiła mi czasem kubek i podnosząc moją głowę wlewała we mnie łyk herbaty. Chciałem umrzeć, żeby nie cierpieć, wydawało mi się to oczywistą kwestią kilku godzin i mamrotałem błagalne peany do śmierci, żeby się zlitowała i godziny zamieniła na „już, teraz”. I zjawił się kolega, sąsiad z osiedla, zaniepokojony moja kilkudniową nieobecnością w okolicy.

Nie zastanawiał się długo, kiedy zobaczył jakąś żółtobrązową maź wydalaną przeze wydalaną przeze mnie z ust do miednicy przy łóżku. Pobiegł do ośrodka zdrowia nieopodal i wyprosi lekarkę o wizytę. „On jest w agonii” – skierowała uwagę do mojej żony po zbadaniu pulsu, obejrzeniu języka, osłuchaniu i wymacaniu wewnętrznych organów. Wezwała pogotowie, które z powodów toczących się wówczas ogólnokrajowych, parlamentarnych nawet dyskusji na temat odpłatności za nieuzasadnione fatygowanie karetek, musiała położyć na szali własną reputację.

Poczułem… lekkość. Patrzyłem na fotel i leżącą na nim moją uwielbioną psinę, który nagle zaczął falować i oddalać się. Wiedziałem, że to koniec. I ogarnął mnie nagle wszech…władny, nieskończony strach. Zupełnie tego nie rozumiałem, przecież było mi wszystko jedno, a nawet pragnąłem szybkiego zakończenia. A ten strach i jakieś nieziemskie: „Żyć! Chcę żyć! Muszę żyć! Potrzebuję żyć!”, złapało moją dłonią brzeg materaca i wydobyło z mojego gardła przeraźliwe „Nieeeeeee”. I znów poczułem leżenie na łóżku. Niewygodne gniecenie kolana o kolano i fotel z sunią przestał falować i wrócił z oddali na swoje miejsce. I „poczułem”, wydawało mi się, że usłyszałem, ale to nie było słyszenia, a odczułem, doświadczyłem jego dotyk.

Nie, nie jestem katolikiem (jedynie z urodzenia i przypiętych mi bez pytania o zgodę rozmaitych „sakramentów”), ani żadnym innym wierzącym wyznawcą. Ale wiem, że wtedy Go doświadczyłem. Nie nawie słowa „Bóg”, bo moim zdaniem jest to najbardziej sprofanowane określenie we wszystkich językach świata. Używam go dla skrótu myślowego, a dla jeszcze większego skrótu dla siebie nazywam Go Wszechmogącym, przypisując Mu zupełnie umownie rodzaj męski. Byłem na granicy. Nie, nie przekroczyłem, nie widziałem światełka w tunelu, ani duchów swoich bliskich, którzy zapraszają mnie do siebie, albo łagodnie odsyłają z powrotem słowami „Jeszcze nie”. Ale doświadczyłem czegoś absolutnie „ponad to”. Przyjechało pogotowie lekarz zaaplikował mi jakiś zastrzyk, a potem udał się do „mojej” lekarki. Przez kilka dni przychodziła do mnie, podawała mi jakieś tabletki, podłączała do wenflona wbitego podczas wizyty pogotowia kroplówki. Po około półtora tygodnia doszedłem jako tako do siebie. Fizycznie. Ale przez te dni, wszystko się zmieniło w moim życiu.

Jak powietrza potrzebowałem uporządkować swój system wartości. Wyznawałem jakiś tam, ale ograniczało się to do jakichś sloganów, typu: „zabijanie jest złem”, „kradzież jest zła” i takich podobnych. Wiedziałem, że nie będę świętym nawet wobec swoich poukładanych na nowo wartości. Bo jestem leniem, bo mi się nie chce, bo jest ciężko, bo… Ale kiedy z „Nim” rozmawiam, a rozmawiam dość często, bo od tamtego, pierwszego spotkania okazuje się to całkiem łatwe, On mi wszystko wybacza. Daruje. W mojej „własnej religii” coś takiego jak „Bój się Boga”, albo „Pójdziesz do piekła”, czy „Kara za grzechy” nie istnieje. On mi wszystko wybacza. I patrzy przez palce. On wzdycha czasem z powodu mojego zachowania, ale zawsze przyjaźnie, ciepło i zawsze, absolutnie zawsze podnosi na duchu – dodaje otuchy. On sprawił, że działając wbrew swojemu systemowi wartości, zrobiłem, co zrobiłem, ale zawsze rumieniec wstydy pojawia się na moich policzkach. Zawsze mam świadomość, że zrobiłem coś źle. Powiedziałem coś głupiego, zachowałem się nieporządnie, nawet pomyślałem o kimś wyjątkowo wrednie, zawsze, od tamtej pory pojawia się rumieniec wstydu na moich policzkach. Ale zawsze jest też: „Eeej, Andrzejku, Andrzejku, co ja z tobą mam”, zakończone serdecznym ciepłem.

Kiedyś nawet zapytałem Go, dlaczego, po co się ze mną cacka i marnuje czas na mnie, zamiast zająć się kimś innym, rokującym lepsze nadzieje. Usłyszałem odpowiedź, która odsunęła mnie całkowicie, bezpowrotnie, od księży, kościołów, biskupów i ewentualnie imamów albo rabinów. „Bo się nie da. Całe życie mówię do Ciebie, rozmawiam z Tobą, ale ty byłeś głuchy. Zresztą, zdecydowana większość ludzi jest głucha. Skoro mnie usłyszałeś, nie mogę już cię opuścić. Bo jestem tobą, a ty jesteś mną. Bo jesteśmy jednością. Od zawsze, tylko ty o tym nie wiedziałeś. Ktoś rokujący lepsze nadzieje ma SWOJEGO Wszechmogącego. Mnie, ale niebędącym tobą, niebędącym jednością z tobą, tylko z nim. Jest mnie nieskończenie dużo. I wystarczy mnie dla każdego, ale dla każdego jestem »innym, jego własnym« Wszechmogącym. Jestem inny będąc tobą, inny będąc czarną dziewczynką w Afryce, inny, jeśli usłyszy mnie »mój« homoseksualista i inny dla chorego w hospicjum. Jednak zdecydowania większość jest głucha i mnie (czyli siebie) nie słyszy, bo nie próbuje usłyszeć. Ty usłyszałeś, więc jestem. I będę. I razem idziemy, bo twoje życie jest przecież, zawsze było, moim”.

Całe życie się uczę. Nauczyłem się, że życie jest wartością bezcenną, niemierzalną. Byle jakie, pod mostem, w rowie, w złotym pałacu, nago, czy w pięciu futrach odzianych na siebie. Bo życie to Ja. Kiedy życia nie będzie, mnie nie będzie, czyli… nic nie będzie.

A czy ktoś może wyobrazić sobie „nic”? Wbrew pozorom, to chyba niemożliwe.

„Przecież znasz wszystkie moje chwyty
życie moje
wiesz kiedy będe drapać krzyczać i rzucać się
znasz upór moich zmagań
i drętwe pozbawione smaku i czucia wyczerpanie
wtedy zatruwasz mój sen majakami
aby uniemożliwić mi jakikolwiek azyl


życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje

znam twoje słodycze
które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością
i po których szarpią mnie torsje
przywykłem do twoich okrucieństw
nauczyłem się śmiać z własnego trupa
(znasz dobrze ten mój ostatni chwyt)
znudziliśmy się sobie życie moje
życie moje... mój wrogu
cóż kiedy wkręciłeś iskry bólu w moje szczęki
aby utrudnić mi ziewanie

życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje
życie moje…”

13:44, andy_lighter
Link Komentarze (11) »
piątek, 02 września 2011
C'est la vie

Życie jakie jest każdy widzi. Jednym jest lepiej, jednym gorzej. Z sondazy wynika, że zadowolonych jest znacznie więcej Polaków niż tych niezadowolonych. I badzo dobrze, o to przeceż chodzi.

Ale sondaż to "statystyka". Parafrazując znany cytat możnaby stwierdzić "Życie jednostki to problem. Życie milionów to statystyka".

Statystyka jest świetna.

Utwór, który sobie przypomniałem jest co prawda o miłości. Ale "pierwsza" zwrotka, a przede wszystkim tytuł i muzyka - "klimat", akurat teraz bardzo mi odpowiada. 

Emerson Like & Palmer

11:55, andy_lighter
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 czerwca 2011
Noc Świętojańska

No to mamy już lato. Nareszcie. A prawdziwy poczatek lata to Noc Świętojańska. Magiczna noc.

Hej sobótka, sobótka.

 

 

 Dziwnie mi się wkleił plik mp3, ale inaczej się nie da :-(

10:40, andy_lighter
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
"Powrót"

Nie będę o tym, co dziś Wam zaproponuję, wiele pisał. Znam ten utwór od dawna, jeszcze z czasów wykonania wyłącznie przez Leonarda Cohen'a. Później, kiedy usłyszałem go w Shreku,"szalałem".

Wielokrotnie słyszałem go jednak ostatnio przy róznych okazjach, głównie jest obecny na "talent szołach", bo rzeczywiście wykonac go pięknie, jest sztuką.

Hallelujah

16:24, andy_lighter
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2011
Bieda

Mamy więc nowego ministra. Od wykluczonych, czyli biednych. Nie wiem jak sobie minister poradzi z ubóstwem potężnej przecież rzeszy ludzi. I ogromna cześć z nich, biedna jest nie z własnej winy.

Dedykuję panu ministrowi pewien stary song. Pewnie się Wam nie spodoba, bo to muzyka „ciężka” jest. Nazywało to się kiedyś „hard rock”, ale było znacząco różne od dzisiejszego „heavy metal”. A song jest o biedzie właśnie. O zapętleniu się w tym „zaklętym kręgu”. O niemocy. O rozpaczy i frustracji. Jednym słowem o biedzie i niemożności wydobycia się z niej. O tym, że Pani Bieda, kedy złowi człowieka w swoją sieć, nie chce puścić.

"Miss Misery"

20:23, andy_lighter
Link Komentarze (1) »
Śmiać się, czy płakać?

Ostatnie wydarzenia w kraju i na świecie są porażające. A to zabicie Bin Ladena, a to kibole w Bydgoszczy, a to komentarze Kaczyńskiego i innych „opozycji”. Jednym słowem: przygnębiające to jest. Pozostaje więc pogoda ducha, żeby nie zwariować.

No, ale jak tu zachować pogodę ducha, jak „świat zwariował”. I znalazłem rozwiązanie: Uśmiechnij się. Ja próbowałem i wyszło mi specyficznie. Jak? Tak jak w tej króciutkiej piosence.

Jakość jest tragiczna, ale innej nie ma, niestety (tutaj płacz!).

20:19, andy_lighter
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 maja 2011
Czas... uspokaja

Zajmowanie się głównie komentowaniem bieżących wydarzeń politycznych i społecznych, może trochę dołująco wpływać na człowieka. Ponieważ moje życie nie tylko na tym polega, dzięki bogu nie zwariowałem jeszcze, postanowiłem w jednym miejscu gromadzić moje "prywatne oblicze". Muzykę, bieżące nastroje, muzykę, muzykę, muzykę, bieżące coś tam, muzykę...

Z muzyki lubię... niemal wszystko. Najbardziej jednak "czuję" spokojne klimaty. Jestem dość melancholijny, może dlatego.

Na początek, dla uspokojenia emocji po ekscesach rocznicowo-katastrofowych: wszystko już przeżyliśmy. Mamy doświadczenie, bo... czas nas uczy pogody.

 

19:13, andy_lighter
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2